Dzisiaj: Damazego Waldemara
Jutro : Dagmary Aleksandry
poniedziałek, 11 grudzień 2017
godzina: 18:16
administrator
Przybyliśmy na spotkanie z polskim narodem z bardzo ważnym przesłaniem: Ameryka uwielbia Polskę, Ameryka kocha Polaków.Poza tym, że Polacy dokonali wiele dla tego regionu, Amerykanie polskiego pochodzenia bardzo wzbogacili Stany Zjednoczone i jestem naprawdę dumny z tego, że poparli mnie w wyborach w 2016 roku. To ogromny zaszczyt stać w tym mieście – pod pomnikiem Powstania Warszawskiego – i zwracać się do narodu polskiego, będąc w Polsce, o jakiej marzyło tak wiele pokoleń: bezpiecznej, silnej i wolnej.
Prezydent Duda i cudowna polska Pierwsza Dama Agata powitali nas z niezwykłą uprzejmością i serdecznością, z jakiej Polska słynie na całym świecie. Dziękuję im obojgu, a także szczególnie ciepło Pani Premier Beacie Szydło. Cieszymy się również, że jest z nami dziś były Prezydent Lech Wałęsa – znany przywódca Solidarności. W imieniu wszystkich Amerykanów chciałbym też podziękować całemu narodowi polskiemu za gościnność okazaną naszym żołnierzom w Waszym kraju.
Żołnierze ci są nie tylko dzielnymi obrońcami wolności — są też symbolem zaangażowania Ameryki w zapewnienie Polsce bezpieczeństwa i miejsca w silnej i demokratycznej Europie. Jesteśmy dumni, że są z nami tutaj żołnierze amerykańscy, polscy, brytyjscy i rumuńscy.
Uczestniczyliśmy właśnie wraz z Prezydentem Dudą w niezwykle udanym spotkaniu z przywódcami państw Trójmorza. Pragnę powiedzieć mieszkańcom tego wspaniałego regionu: Ameryka dąży do poszerzenia współpracy z Wami.
Będziemy chętnie pogłębiać partnerstwo i wymianę handlową z Waszymi rozwijającymi się gospodarkami. Zależy nam na tym, byście mieli zapewniony dostęp do alternatywnych źródeł energii, aby Polska i jej sąsiedzi nigdy więcej nie stały się zakładnikiem jedynego dostawcy energii.
Panie Prezydencie, gratuluję Panu, a także Pani Prezydent Chorwacji przywództwa w postaci historycznej inicjatywy Trójmorza.

To moja pierwsza wizyta w Europie Środkowej w roli Prezydenta — jestem zachwycony, że odbywa się ona właśnie tutaj, w tym wspaniałym kraju.
Przez dwa stulecia Polska padała ofiarą ciągłych, brutalnych ataków. Ale mimo że jej ziemie była najeżdżane i okupowane a państwo zniknęło nawet z mapy nigdy nie udało się wymazać Polski z historii czy też z Waszych serc. W tych mrocznych czasach nie mieliście wprawdzie swojego kraju, ale nigdy nie straciliście swojej dumy.

Dlatego mówię dziś z prawdziwym podziwem: od pól i wsi, aż po wspaniałe katedry i miejskie place Polska żyje, Polska rozwija się, Polska zwycięża. Mimo wszelkich działań, które miały zmienić czy zniszczyć Wasz kraj, mimo opresji, trwaliście i zwyciężaliście. Jesteście dumnym narodem Kopernika, Chopina i Św. Jana Pawła II. Polska jest krajem bohaterów. Jesteście narodem, który naprawdę wie, czego broni.

Tryumf polskiego ducha na przestrzeni stuleci, które ciężko doświadczyły kraj, daje nam wszystkim nadzieję na przyszłość, w której dobro zwycięża zło, a pokój odnosi zwycięstwo nad wojną.
Dla Amerykanów Polska zawsze była symbolem nadziei – od zarania dziejów naszego narodu. Polscy bohaterowie i amerykańscy patrioci walczyli ramię w ramię w trakcie naszej wojny o niepodległość oraz w wielu późniejszych wojnach. Nasi żołnierze nadal dziś służą w Afganistanie i Iraku, zwalczając wrogów wszelkiej cywilizacji.

Ameryka nigdy nie zrezygnowała z wolności i niepodległości jako prawa i przeznaczenia polskiego narodu — i nigdy nie zrezygnujemy. Oba nasze kraje łączy szczególna więź, u podstaw której leżą wyjątkowe dzieje i charakter narodu. Tego rodzaju wspólnota występuje tylko między ludźmi, którzy walczyli, przelewali krew i umierali za wolność.

Symbole tej przyjaźni można napotkać w stolicy Ameryki. Zaledwie kilka kroków od Białego Domu wznieśliśmy pomniki upamiętniające postacie o takich nazwiskach jak Pułaski i Kościuszko. Podobnie jest w Warszawie, gdzie tabliczki z nazwami ulic przypominają o Jerzym Waszyngtonie,i gdzie stoi pomnik jednego z największych bohaterów świata, Ronalda Reagana.

Jestem tu więc dzisiaj nie tylko po to, by odwiedzić starego sojusznika, ale by wskazać go jako przykład dla innych, którzy zabiegają o wolność i którzy pragną znaleźć odwagę i wolę do obrony naszej cywilizacji.

Jesteście narodem o ponadtysiącletniej historii. Granice waszego państwa wymazano z map na ponad jeden wiek – i zaledwie przed stu laty granice te zostały przywrócone.

W 1920 roku, w bitwie zwanej Cudem nad Wisłą, Polska zatrzymała sowiecką armię dążącą do podboju Europy.

Dziewiętnaście lat później, w 1939 roku, znów zostaliście napadnięci – tym razem od zachodu przez nazistowskie Niemcy, a od wschodu przez Związek Radziecki. Pod podwójną okupacją naród polski przeżył nieopisaną gehennę: zbrodnię katyńską, Holokaust, warszawskie Getto i Powstanie w Getcie, zniszczenie pięknej stolicy i zagładę prawie jednej piątej ludności.

Kwitnąca żydowska społeczność – najliczebniejsza w Europie – została zredukowana niemal do zera w wyniku systematycznych nazistowskich mordów na żydowskich obywatelach Polski, a brutalna okupacja pochłonęła niezliczone ofiary.
Latem 1944 roku armie hitlerowska i radziecka szykowały się do stoczenia w Warszawie straszliwej krwawej bitwy. W piekle na ziemi, jakie im zgotowano, Polacy stanęli w obronie swojej Ojczyzny.

To dla mnie ogromny zaszczyt, że są obok mnie weterani i bohaterowie Powstania Warszawskiego. Oddajemy cześć Waszemu poświęceniu i przyrzekamy, że zawsze będziemy pamiętać Waszą walkę o Polskę i wolność.
Pomnik ten przypomina nam, że w straceńczej walce z uciskiem zginęło ponad 150 tys.Polaków. Po drugiej stronie Wisły wojska radzieckie zatrzymały się – i czekały. Przyglądali się, jak naziści brutalnie zrównują miasto z ziemią, mordując okrutnie mężczyzn, kobiety i dzieci.

Chcieli na zawsze unicestwić ten naród, zabijając w nim wolę przetrwania. Ale nikomu nie udało się zniszczyć odwagi i siły, które znamionują charakter Polaków. Polski męczennik biskup Michał Kozal dobrze to wyraził słowami: „Od przegranej orężnej bardziej przeraża upadek ducha u ludzi”. Przez cztery dziesięciolecia rządów komunistycznych Polska i inne zniewolone narody Europy opierały się brutalnej kampanii, której celem było zniszczenie wolności, Waszej wiary, Waszych praw, Waszej historii, Waszej tożsamości – wszystkiego, co stanowi istotę Waszej kultury i człowieczeństwa.

Przez cały ten czas jednak nigdy nie straciliście ducha. Ciemiężcy próbowali was złamać, ale Polski złamać nie mogli. I kiedy nadszedł dzień 2 czerwca 1979 roku i gdy na Placu Zwycięstwa na pierwszej mszy z polskim papieżem zgromadziło się milion Polaków- tego dnia każdy komunista w Warszawie musiał zdawać sobie sprawę, że opresyjny system wkrótce się załamie. Zrozumieli to dokładnie w tym momencie, gdy podczas kazania papieża Jana Pawła II milion Polaków – mężczyzn, kobiet i dzieci – podjęło modlitwę. Nie prosili o bogactwa. Nie prosili o przywileje. Słowami pieśni wypowiedzieli trzy proste słowa: „My chcemy Boga”.

Tymi słowami naród polski przywoływał obietnicę lepszej przyszłości. Polacy odnaleźli w sobie nową odwagę, by przeciwstawić się prześladowcom. I odnaleźli słowa, by zapowiedzieć, że Polska znów będzie Polską.

Kiedy stoję tu dzisiaj przed tym pełnym wiary narodem wciąż słychać tamte powracające echem głosy. Niosą przesłanie, które dzisiaj jest równie prawdziwe jak dawniej.
Razem z papieżem Janem Pawłem II, Polacy umocnili swoją tożsamość jako naród poświęcony Bogu. I za sprawą tej dobitnej deklaracji, kim jesteście, zrozumieliście co należy uczynić. Złączeni solidarnością wystąpiliście przeciwko uciskowi, przeciwko działającej bezprawnie tajnej policji oraz przeciwko okrutnemu i niegodziwemu systemowi, który zubażał Wasze miasta i Wasze dusze.

I wygraliście. Polska zwyciężyła. Polska zawsze zwycięży!

W tym zwycięstwie nad komunizmem byliście wspierani przez silny sojusz wolnych narodów na Zachodzie, które przeciwstawiły się tyranii. A obecnie wśród najbardziej oddanych członków NATO, Polska powróciła na swoje miejsce jako wiodący kraj Europy, który jest silny, niepodzielny i wolny. Silna Polska jest błogosławieństwem dla narodów Europy, o czym powszechnie wiadomo. A silna Europa jest błogosławieństwem dla Zachodu oraz całego świata.
Sto lat po przystąpieniu amerykańskich sił do Pierwszej Wojny Światowej, transatlantycka więź pomiędzy Stanami Zjednoczonymi oraz Europą jest mocniejsza niż kiedykolwiek wcześniej. Nad tym kontynentem nie unosi się już widmo komunizmu. Ale dziś na Zachodzie wciąż stoimy w obliczu poważnych zagrożeń dla naszego bezpieczeństwa i stylu życia. I są to realne zagrożenia. Stawimy im czoło. I na pewno zwyciężymy.

Stoimy w obliczu innej opresyjnej ideologii – której celem jest eksport terroryzmu i ekstremizmu po całym świecie. Ameryka i Europa padają ofiarą jednego zamachu terrorystycznego po drugim. Powstrzymamy je. Podczas historycznego spotkania w Arabii Saudyjskiej wezwałem przywódców ponad 50 krajów muzułmańskich, by połączyli siły dla wykorzenienia tej groźby, która zagraża całej ludzkości. Musimy zewrzeć szyki w obliczu wspólnych wrogów, by pozbawić ich terytorium, finansowania, sieci powiązań oraz wszelkich form ideologicznego wsparcia.

I choć zawsze będziemy witali nowych obywateli, którzy podzielają nasze wartości i kochają naszych ludzi, nasze granice zawsze będą zamknięte przed terroryzmem i ekstremizmem.
Nie możemy zaakceptować tych, którzy posługują się nienawiścią, by usprawiedliwić przemoc wymierzoną w niewinnych.

Obecnie Zachód również staje w obliczu sił, których celem jest wystawienie na próbę naszej woli, zachwianie naszej determinacji i zagrożenie naszym interesom. By przeciwstawić się nowym formom agresji, w tym propagandzie, przestępczości finansowej oraz atakom cybernetycznym, musimy tak przystosować nasz sojusz, by skutecznie konkurował w nowych obszarach i na nowych polach bitewnych.

Wzywamy Rosję, by zaprzestała swoich destabilizujących działań na Ukrainie i wszędzie indziej, i przestała udzielać wsparcia wrogim reżimom – w tym Syrii i Iranowi – a zamiast tego przyłączyła się do wspólnoty odpowiedzialnych narodów w naszej walce przeciwko wspólnym wrogom i w obronie cywilizacji.

I w końcu, po obu stronach Atlantyku, nasi obywatele mierzę się z jeszcze jednym niebezpieczeństwem – z którym możemy sobie w pełni poradzić. To zagrożenie jest dla niektórych niewidoczne, ale dla Polaków – znajome. Stały rozrost rządowej biurokracji, która pozbawia ludzi woli działania i bogactwa. Zachód osiągnął wielki sukces nie dzięki biurokracji i regulacjom, ale dlatego, że ludzie mieli możliwość podążania za swoimi marzeniami i realizowania swoich dążeń.

Amerykanie, Polacy i narody Europy cenią indywidualną wolność i suwerenność. Musimy pracować razem, by przeciwstawić się siłom, niezależnie od tego czy pochodzą z wewnątrz czy z zewnątrz, z Południa czy ze Wschodu, które z czasem grożą podważeniem tych wartości i zerwaniem więzów kultury, wiary i tradycji, które stanowią o naszej tożsamości. Jeśli się im nie przeciwstawimy – siły te pozbawią nas odwagi, nadwątlą naszego ducha i osłabią naszą wolę niezbędną do obrony siebie i naszych społeczeństw.

Ale podobnie jak nasi przeciwnicy i wrogowie z przeszłości dowiedzieli się tego w Polsce – wiemy, że te siły są również skazane na porażkę. Są skazane na porażkę, nie tylko dlatego, że nasz sojusz jest silny, nasze kraje odporne i nasza potęga nie ma sobie równych – choć wszystko to jest prawdą. Nasi przeciwnicy są skazani na porażkę, bo nigdy nie zapomnimy, kim jesteśmy . Jeżeli nie zapomnimy, nikt nas nie pokona. Nie zapomną Amerykanie. Nie zapomną narody Europy.
Jesteśmy najbardziej wolną i najwspanialszą wspólnotą narodów, jaką znał świat. Komponujemy symfonie. Dążymy do innowacji. Oddajemy cześć naszym starożytnym bohaterom, pielęgnujemy nasze odwieczne tradycje oraz zwyczaje i zawsze szukamy oraz odkrywamy nowe możliwości. Nagradzamy błyskotliwe talenty, dążymy do doskonałości i uwielbiamy inspirujące dzieła sztuki, które oddają cześć Bogu. Cenimy praworządność – i bronimy prawa do wolności słowa.
Wspieramy kobiety – filary naszego społeczeństwa i naszego sukcesu. A w sercu naszego życia stawiamy wiarę i rodzinę; a nie władze i biurokrację. Wszystko poddajemy debacie i kwestionujemy. Chcemy poznać wszystko – żeby lepiej poznać siebie. I przede wszystkim, doceniamy godność życia każdej ludzkiej istoty, bronimy praw każdego człowieka i podzielamy nadzieję na życie w wolności tkwiące w każdej ludzkiej duszy. Tacy właśnie jesteśmy. Takie są bezcenne więzy, które nas łączą. Jako narody, jako sprzymierzeńców i jako cywilizację.

To, co mamy; to, co odziedziczyliśmy po naszych przodkach nie istniało nigdy wcześniej. Państwo wiecie o tym lepiej niż ktokolwiek inny, bo stoją tu z nami bohaterowie tamtych wydarzeń. A jeśli nie uda nam się tego obronić – nie zaistnieje to nigdy ponownie. Wiec nie wolno nam przegrać.

Tę wielką międzynarodową społeczność łączy jeszcze jeden wspólny element: to Naród, a nie możni tego świata, stanowił zawsze podwaliny naszej wolności i kamień węgielny naszej siły.
To naród stanowił i stanowi podwaliny tych wartości tutaj w Polsce, tu w Warszawie, i, od samego początku jej istnienia stanowił podwaliny Ameryki.

Nie po to obywatele naszych państw bili się wspólnie o wolność, nie po to wspólnie przetrwali horror wojen, nie po to wspólnie stawiali opór złu, żeby teraz zaprzepaścić tę wolność przez brak poczucia dumy i wiary w wartości, które wyznajemy. Nie dopuściliśmy i nie dopuścimy do tego. Dopóty wiemy skąd przyszliśmy, dopóki wiemy dokąd zmierzamy.


Amerykanie są świadomi, że silne przymierze wolnych, suwerennych i niezależnych państw to najlepszy sposób na obronę naszych swobód i naszych interesów. To dlatego moja Administracja domaga się od wszystkich członków NATO wywiązywania się w pełni ze swoich sprawiedliwie ustalonych zobowiązań finansowych.

Stanowisko to już zaowocowało dodatkowymi miliardami dolarów. Moim zdaniem te miliardy inaczej by nie napłynęły. Krytykom naszego twardego stanowiska chciałbym przypomnieć, że USA okazały nie tylko słowami, ale PRZEDE WSZYSTKIM CZYNAMI swoje nieugięte poparcie dla Artykułu 5-go wielostronnych zobowiązań obronnych. Łatwo rzucać słowa, ale liczą się czyny. Dla swojego własnego dobra,Europa musi zrobić więcej . Musi pokazać, że wierzy w swoją przyszłość, inwestując w nią swoje własne pieniądze
Właśnie dlatego przyklaskujemy decyzji Polski o zakupie od USA sprawdzonych w boju systemów obrony powietrznej i przeciwrakietowej Patriot. Najlepszych na świecie. Właśnie dlatego tak cenimy naród polski, który jako jeden z nielicznych w NATO spełnia wymogi inwestycyjne we wspólną obronność. Dzięki Polsko za to, że dla innych krajów członkowskich NATO stanowisz wzór do naśladowania.

Nasza obronność to nie tylko zobowiązania finansowe – to także zaangażowanie woli. Historia Polski uczy nas, że obrona Zachodu nie zależy ostatecznie od pieniędzy, a od woli przetrwania narodu. I tu pojawia się zasadnicze pytanie naszych czasów: czy Zachód ma wolę przetrwać.
Czy wystarczająco silnie wierzymy w system naszych wartości, żeby bronić ich za wszelką cenę. Czy darzymy wystarczającym szacunkiem naszych obywateli, żeby bronić granic, w których żyją? Czy starczy nam chęci i odwagi, by bronić naszej cywilizacji w obliczu tych, którzy starają się ją podstępnie unicestwić? Tych, którzy zapomnieli o ich kluczowym znaczeniu zachęcam do odwiedzenia kraju, który nigdy tego nie zapomniał – niech przyjadą do Polski.

Niech przyjadą tu, do Warszawy i niech poznają historię Powstania Warszawskiego. Niech poznają historię Alej Jerozolimskich. W sierpniu 1944 roku, tak jak teraz, Aleje Jerozolimskie były jedną z głównych arterii przecinających miasto ze wschodu na zachód. Kontrola nad nią miała kluczowe znaczenie dla obu stron bitwy o Warszawę. Wojsko niemieckie chciało ją przejąć jako najkrótszą drogę przemieszczania oddziałów na front i z frontu. Dla członków Polskiej Armii Krajowej natomiast, możliwość przedostawania się na północ i na południe przez Aleje Jerozolimskie miała zasadnicze znaczenie dla utrzymania Śródmieścia, a tym samym utrzymania przy życiu samego Powstania.
Noc w noc, pod obstrzałem broni maszynowej, Polacy znosili worki z piaskiem, by bronić swojego wąskiego przejścia w poprzek Alei Jerozolimskich. Dzień w dzień, wróg rozbijał je w drobny mak. Wtedy Polacy zrobili okop, a wkrótce – barykadę. W ten sposób nieustraszeni powstańcy zaczęli przekraczać tę arterię.
To wąskie przejście zadecydowało o kontynuacji Powstania. Mieszkańcy i powstańcy, ryzykując życiem, biegli tym wąskim przejściem, by nieść pomoc swojemu miastu. „To było zaledwie kilka metrów” – wspominała młoda kobieta imieniem Greta. „Ten śmiertelnie niebezpieczny fragment ulicy przesiąknięty był krwią posłańców, łączniczek i kurierów”.
Snajperzy brali ich na cel. Żołnierze wroga palili każdy budynek, a kiedy atakowali barykadę, wykorzystywali Polaków jako żywe tarcze dla swoich czołgów. Wróg nie ustawał w ataku na maleńki przyczółek cywilizacji, a Polacy nie ustawali w jego obronie. Przesmyk przez Aleje Jerozolimskie wymagał ciągłej obrony, napraw i umocnień. Ale wola obrońców, nawet w obliczu śmierci, była niezachwiana; przejście istniało do ostatnich dni Powstania. Nigdy nie zostało zapomniane, dzięki Polakom było zawsze dostępne.
Pamięć o ofiarach tego heroicznego wydarzenia woła do nas przez dziesięciolecia, a wspomnienia o obrońcach przejścia przez Aleje Jerozolimskie należą do najbardziej żywych.

Ci bohaterowie przypominają nam, że Zachód został ocalony dzięki krwi patriotów, że każde pokolenie ma w tej obronie do odegrania swoją rolę. I że każda piędź ziemi, każdy centymetr naszej cywilizacji jest tej obrony wart.
Dzisiaj, więzy spajające naszą cywilizację mają znaczenie nie mniejsze – i wymagają nie mniej zaciekłej obrony – niż ta piędź ziemi, na której skupiała się nadzieja Polski na istnienie. Nasza wolność, nasza cywilizacja, i nasze przetrwanie zależą od tych właśnie więzi historii, kultury i pamięci.

I dziś, tak, jak zawsze, Polska jest w naszych sercach, podczas gdy jej naród walczy. Ogłaszam dziś światu, że tak, jak nie udało się złamać woli Polski, NIE UDA SIĘ NIGDY ZŁAMAĆ WOLI ZACHODU.

System naszych wartości zwycięży. Nasze narody rozkwitną. A nasza cywilizacja zatriumfuje.

Więc walczmy wszyscy jak Polacy – o Rodzinę, o Wolność, o Ojczyznę i o Boga.

Dziękuję Wam. Niech Bóg Was błogosławi. Niech Bóg błogosławi Naród Polski. Niech Bóg błogosławi naszych sprzymierzeńców. Niech Bóg błogosławi Stany Zjednoczone Ameryki.

Donald Trump
administrator
Tekst napisany przez Zygmunta Nowakowskiego ukazał się w Ilustrowanym Kuryerze Codziennym  27 marca 1933

Byłem w stratosferze pychy. I w stratosferze chamstwa. W Bytomiu przekroczyłem granice Azji. Znalazłem się w Polsce. To jest w Europie. I jest mi dobrze. Jak dobrze! Celnik zauważył bezbrzeżną słodycz, rozlaną szeroko na mojej twarzy, i spytał, czy przypadkiem nie wiozę sacharyny.
– Nie! Wiozę raczej miód. Bardzo dużo miodu. Ale wiozę go nie stamtąd. To wyrób krajowy, nasz. I nabrałem tego miodu w tej chwili dopiero… Przed sekundą.
– Proszę pokazać!
– Nie mogę w żaden sposób! Ja ten miód mam wewnątrz, w sercu. Dobrze mi do tego stopnia, że nawet panu życzę, aby pan po najdłuższem życiu dostał się do królestwa niebieskiego…
Celnik, zupełnie słusznie, popatrzył na mnie, jak na warjata. Nic dziwnego, bo trudno mnie zrozumieć. Przecież nawet ja sam nie rozumiem siebie. Oto zbliża się polski policjant. Powiedziałem zaś sobie tam, w Poczdamie, że z pierwszym polskim posterunkowym, którego spotkam po powrocie, muszę zostać na ty. Pytam go więc, kiedy kończy służbę. Ponieważ chcę z nim wypić bruderszaft. Koniecznie! Tak, tak, nie wymiga mi się pan, panie posterunkowy, i musimy pójść na wódkę. I przy pierwszym kieliszku powiem krótką mowę, którą dałoby się streścić mniej więcej w ten sposób:


– Mam do pana wielką sympatję, panie posterunkowy! Na twarzy pańskiej maluje się pański zacny, prawy charakter. Sposób, w jaki pan ukłonił się, pytając o paszport, świadczy, że ma pan kulturę towarzyską. Z punktu widzenia antropologii przedstawia pan typ sarmacki, względnie asteniczno-pykniczny, z lekką przymieszką typu alpejskiego, albo dynarskiego. Czyli, że jesteśmy sobie bliscy. Pozatem jest pan gentlemanem. Jest pan świetnie ubrany – proszę mi nie przerywać – jest pan wytworny. Wygląda pan na człowieka łagodnego i zadowolonego – proszę mi nie przerywać – przedewszystkiem zaś na człowieka przyzwoitego. Nie zrobił pan nigdy żadnego świństewka – wiem co pan chce powiedzieć, ale tego się nie liczy. Detale, głupstwa, nic więcej! Nigdy nie znęcał się pan nad bezbronnymi – proszę nie przerywać – naturalnie, pan sam chce wspomnieć o pewnych jaskrawych, ale rzadkich wypadkach, o pewnym akademiku południowo-słowiańskiego pochodzenia. I o innych zdarzeniach analogicznych, które trafiały się od czasu do czasu. Owszem, bywało rozmaicie. Ale są to raczej wyjątki. Oczywiście, lepiej, żeby ich wcale nie było. Ale nie mówmy o tem. Cieszę się, widząc pana. Jest mi na imię Zygmunt. A panu? To jest raczej tobie?

– Jan, proszę pana doktora.
– Niema żadnego doktora. Jest Zygmunt. A tobie na imię Jan. Świetnie się składa. Nie może być nic odpowiedniejszego, jak właśnie Jan. Jasiu. wypij!…
Taką to imaginacyjną rozmowę przeprowadziłem z pierwszym polskim posterunkowym. Chciałem się wygadać. Wyrzucić z siebie wszystko to, co mnie gniecie. Przecież myślałem, że w Poczdamie padnę trupem na miejscu. Popularniej mówiąc, że mnie szlag trafi. Patrząc na defiladę pod kościołem garnizonowym, odnosiłem wrażenie, że jestem pyłkiem jakimś czy atomem wgniecionym w bruk. Czułem, że to po mnie maszerują te bataljony, że łamią mi kości, depcą obcasami po piersiach. Że mnie druzgocą kopyta końskie i koła armat. Dlatego jeszcze w tej chwili trudno mi pozbierać się.

Gdy musiałem wysłuchać dwadzieścia jeden strzałów armatnich, coś nagle trzasnęło mi w nerwach. Gdyby strzałów było n. p. 25, albo nawet 22, nie wytrzymałbym. I te strzały do tej pory mam w uchu. Strzały i bicie dzwonów ze wszystkich kościołów. A jest tych kościołów tyle chyba, co w Krakowie. Nie koniec na tem! „Deutschland über alles, über alles in der Welt!” Każda nuta rozpruwa mi bebechy. A oni bisują. I drugą zwrotkę śpiewają już wszyscy. Nawet nie śpiewają, ale ryczą. Wszystkie ulice miasteczka i cały zapchany plac. To już nie pieśń, ale jakaś lawina, która urwała się nagle. Bo do Poczdamu zwaliło się wszystko, co mogło. Za okno, za miejsce w oknie jakiś amerykański dziennikarz zapłacił sto dolarów. Niemcy zaś jechali od wczesnego rana. Powstały jakieś spółki transportowe. Ludzie jechali na lorach, na wozach pocztowych, było kilka olbrzymich placów na zaparkowanie taboru tysięcy aut i rowerów. Starcy i dzieci, bogaci i biedni, słowem, kto mógł. A kto nie mógł, tego wieźli na wózku.

Po djabła ciężkiego pchałem się do tego Poczdamu i zabiegałem o Presseausweis. Przeklinam ten najgłupszy pomysł. Być Polakiem i patrzeć własnemi oczyma, jak pęcherz niemiecki nadyma się, pęcznieje, wzbiera. Gryzłem wargi do krwi a wydostać się stamtąd nie było sposobu. Musiałem czekać sześć bitych godzin, aż do chwili, kiedy udało się ruszyć auto z zatoru. Bo to była istna kra, która płynie wiosną. Trzeba doprawdy być człowiekiem conajmniej lekkomyślnym, aby dobrowolnie, samochcąc, skazać się na ten spektakl, który, przekroczył granice wytrzymałości mojej.

Mógłby ktoś powiedzieć, że strach ma wielkie oczy. Ale to nie był strach. Raczej obrzydzenie. Uczucie, które w wywiadzie określiłem jako ciśnienie miljarda niemieckich atmosfer. Z tem łączy się jakby podgorączkowa temperatura. I skłonność do zwidzeń. Zobaczyłem więc Fryderyka Wielkiego, jak szedł przez gęsty szpaler. Niema dziś w Berlinie i w całych Niemczech ani kawałka muru czy kiosku, z którego nie patrzyłby Fryderyk, reprodukowany na tysiącach pocztówek i obrazów. Zwłaszcza w momencie, gdy wstaje z trumny. Najnowszy film „Choral von Leuthen” (choć nietaktownie wypomina zwycięstwo odniesione nad Austrją) jest apoteozą Fryderyka, którego oczy wystrzelają z rogu każdej ulicy.

Może dlatego, że ta twarz utkwiła mi w pamięci, ujrzałem upiora Fryderyka w jasny, słoneczny dzień. Wyszedł z podziemi kościoła i pochylony, oparty na lasce, kroczył przez Breite Strasse ku dziedzińcowi pałacu. To miejsce dawnych parad a równocześnie plac kaźni. Plac, na którym ćwiczono setki żołnierzy rózgami. Na śmierć. W całem mieście słychać było świst batów i jęk ofiar. Mięso i krew pryskało na ściany, jak mówi o tem pamiętnikarz, kaznodzieja nadworny z Poczdamu.

Upiór Fryderyka Wielkiego odbierał defiladę. Na powitanie króla zjawił się w komplecie cały kwiat dawnej armji cesarskiej. W błyszczących pikelhaubach, w futrzanych kołpakach, z piórami czaplemi, w admiralskich kapeluszach, kapiący od złota i orderów, przybrani w szarfy. A na każdym dachu i w dymniku każdym żołnierze z karabinami wymierzonemi w niebo. Na wypadek, gdyby przecież wbrew zakazowi odważył się przelecieć nad placem jakiś samolot.

Pewnie, że to ich wielkie święto. Cieszą się i może mają z czego. Przyszłość pokaże. Ale na to nie powinienem się patrzeć. Tak, jakbym do obcych ludzi wlazł podczas wilji. Niezaproszony i niecierpiany przez nich. To też zostałem ukarany widokiem tej rewji!
Idzie Hitler. Żartami nie da się zbyć tej – dla mnie w tej chwili – potężnej indywidualności. Lakiernik z fachu? No, więc co z tego? Teraz ma całe Niemcy w dłoni. Całe, bez reszty. Razem z rzekomo separatystyczną Bawarją, która w jednej sekundzie padła na kolana. Całe Niemcy! Taki olbrzymi, potężny naród. Hitler stanowi wielkość, o której na dobrą sprawę nikt nie wiedział nic. Niewiadomo, czy on sam wiedział? Jest emanacją, wykładnikiem potwornej, nieobliczalnej siły, która teraz ściele mu się pod nogi. Jest bożyszczem. I hasłem. I wielką niewiadomą. Ludzie patrzą na niego, jak w tęczę. Są tacy, którzy zabierają stołeczki składane i jedzenie i czekają dzień i noc, aby go zobaczyć. W tej chwili jest absolutnie wszystkiem. Na baczność stoi przed nim sześćdziesiąt miljonów.

Opozycja? Szukajcie jej po wszystkich więzieniach i to głównie za granicą! Von Papen prosi o przyjęcie do nowicjatu w partji narodowo socjalistycznej, jakiś wybitny poseł komunistyczny zgłasza się z tą samą prośbą. Otrzymuje odpowiedź, że conajmniej przez trzy lata musi dobrem sprawowaniem się zasłużyć na przyjęcie do partji… Stratosfera pychy! I Azja! Instynkt trzody, zasłuchanej w dźwięk słów idealnie pustych i naiwnych zarazem, jak słowa wszystkich wielkich proroków. – Równocześnie jednak słowa te są zdobywcze. Takie, które czasami stają się ciałem.
Byłem od niego o jakichś dwadzieścia kroków. Spontanicznie zrodziła się myśl, co będzie, jeśli ktoś strzeli czy rzuci bombę. Czy momentalnie zawali się cały olbrzymi gmach, którego fundamentem jest jeden jedyny człowiek? Mam wrażenie, że wszędzieindziej ludzie daliby sobie jakoś radę w analogicznej sytuacji, ale tu chyba nie…

W uszach mam jeszcze huk strzałów poczdamskich, w oczach ćmi się od blasku tysięcy pochodni, których dym dławi mnie. Przede mną leży sterta cała literatury, broszur, książek, śpiewników i t. d. Chcę jakoś zebrać się w kupę, przekreślić jednem pociągnięciem pióra siedm kiepskich – co mówię – podłych feljetonów, a napisać wreszcie coś, coby miało ręce i nogi. Oraz głowę. Doprawdy nie wiem, od czego zacząć.
Chyba od stwierdzenia faktu, że o Niemczech nie wiedzieliśmy nic. Wszystkie nasze pojęcia i wyobrażenia były z gruntu fałszywe. Nie tylko pojęcia nasze, ale i pojęcia obcych. Więcej mogłaby o Niemczech dzisiejszych powiedzieć pani de Stael, która przed stu dwudziestu laty napisała książkę „L’Allemagne”. Sędziwy Tacyt, autor Germanji, znał ich lepiej niż my. Powiedział on zaś, że „spokojne życie nie odpowiada temu narodowiu. Zdaje się, że miał rację.
Dzisiejsze Niemcy nie sa niczem innem, jak jedną wielką propagandą. Tylko to można o nich powiedzieć z całą pewnością. I w tem podobni są do Rosji sowieckiej. Cokolwiek innego mówiłoby się, będzie to zawsze połączone z ryzykiem pomyłki. To też, gdy ludzie pytają o szczegóły i wrażenia, zawsze zdaję sobie sprawę z tego, że wszystkie porównania czy analogje nie mówią nic w tym wypadku. Są fałszywe i raczej wprowadzają w błąd, zamiast cośkolwiek wyjaśnić czy uplastycznić.
Weźmy najprostszy przykład. W uroczystościach poczdamskich brali udział weterani z 66-go i 70-go roku. Myślałem, że zobaczę coś w rodzaju naszych weteranów powstania styczniowego. Tymczasem ta grupa imponowała przedewszystkiem… bogactwem futer i liberją lokajów, którzy popychali wózki. Nasz weteran w pochodzie wzrusza, jest ornamentem uczuciowym. I widząc ich, mówimy sobie: „Jak to dobrze, że nimi zajęło się państwo, że mają mundury i pensje, że im nie zbywa na niczem”… Weterani, których widziałem w Poczdamie, nie potrzebują niczyjej pomocy.

Przykład inny. Pyta mnie ktoś:
– Panie, więc ci Hitlerowcy to tak, jak nasi Strzelcy?
Jestem w kłopocie. Hitlerowcy to jakby Strzelcy… Tak i nie. Może socjologicznie czy jak tam spełniają identyczną funkcję, ale różnicę wyjaśni mała scenka, mikroskopijny epizod. Do wielkiej, wytwornej restauracji wchodzi jegomość w brunatnej koszuli. Prostak. Ale trzeźwy zupełnie. Zamawia sobie jakąś potrawę. Gdy ją przynieśli, widelcem i nożem przeorał cały półmisek, przejechał jak broną po jarzynach, zeżarł połowę i woła kelnera. Żeby mu to zabrali i dali coś innego. Nie smakuje mu. Trzeba widzieć, co się dzieje w restauracji! Zjawia się szef, blady jak trup, cały sztab kelnerów, piccolów itd. Proszą o wybaczenie, zaklinają się, że to nie ich wina, że to kucharz… Zaraz przyniosą coś innego. Wszystko leci im z rąk. Drżą półmiski, talerze, brzęczą widelce. Kelner upuszcza jakiś kawałek, który rozbija się z hukiem. W pośpiechu, galopem przynoszą coś innego. Stają w przyzwoitem oddaleniu, pytając trwożnie, czy teraz smakuje. Bo gdyby nie, to oni w każdej chwili jeszcze i to zmienią…

Czy taka scenka, możliwa u nas ostatecznie gdzieś na prowincji, jest do pomyślenia np. w Europie lub Bristolu, u George’a w Wilnie czy Lwowie albo w krakowskim Starym Teatrze? Chyba nie.
Albo ich rzekoma nędza. Stadjon berliński mieści 60.000 widzów. Na ostatnim meczu Francja – Niemcy zabrakło miejsca dla… stu tysięcy. I wszystkie gazety podniosły krzyk. Że to skandal, aby stolica nie miała odpowiedniego boiska. Że czas najwyższy, aby wreszcie zbudowano jakiś przyzwoity stadjon conajmniej na 150.000 miejsc, zamiast gnieść się w dawnej klitce…

I tak jest ze wszystkiem, wszystkiem. Więc pierwszy obóz dla więźniów politycznych obliczono odrazu na 5000 lokatorów. Oczywiście, to tylko prowizorjum. W projekcie jest budowa olbrzymiej centrali o rozmiarach… całych Niemiec.
Gdy więc myślę o tych rzeczach, pewne nasze lokale i pewne osobistości maleją mi w oczach. Nabierają jakichś konturów: zdrobniałych. Imiona ich stają się pieszczotliwe. I nie dalej, jak wczoraj słyszałem, że ktoś mówiąc o naszych sprawach, użył słowa „Kosteczek”. Potem przeszedł na „Kostuś”.
Wreszcie na „Kostuchna”…

"Ilustrowany Kuryer Codzienny" 27.03.1933 Kraków Nr 86
administrator
Informacja podana przez  Radia Zet o negatywnej opinii MSWiA względem możliwości sprowadzenia do Polski, do Sopotu, grupy osieroconych dzieci z Aleppo i ich rodzin, spowodowała reakcję internautów na Twitterze.  Akcja #ZetkaNieKłam staje się coraz popularniejsza. za jaroslawinfo.pl
administrator

Warto dołączyć do akcji o niemieckich obozach koncentracyjnych.


administrator
Głównym powodem istnienia KOP było uszczelnienie wschodniej granicy Rzeczypospolitej. Faktycznie, utworzonemu w 1924 roku Korpusowi w ciągu kilku lat udało się zrealizować ten cel. Praktycznie zupełnie wytępiono przemyt oraz bandyckie napady. Rola żołnierza KOP nie ograniczała się jednak do patrolowania pasa granicznego, od pewnego momentu miał znacznie ważniejsze zdania. Miał być żywym bastionem cywilizacji i szerzyć na Kresach polską kulturę. I z biegiem czasu, właśnie w tej roli występował coraz częściej. A pracy miał naprawdę dużo - pisze Paweł Rzewuski.

1. Przestrzeganie przed komunizmem

Kiedy żołnierz nie stał na posterunku, miał na celu uświadamiać ludność. o tym co kryje się za drugą stroną granicy – miał uświadamiać o grozie komunizmu. Miał dzielić się ze swoimi sąsiadami informacjami na temat tego jak Rosja Sowiecka chce zniszczyć Polskę i o tym jak przy pomocy działaczy wywrotowych chce zaprowadzić komunizm w Rzeczypospolitej. Żołnierzom kazano podkreślać, że ideologia ta walczy z religią. Jak głosił jedne z poradników należy powtarzać, że "Komunizm – to największy wróg ludzkości, gdyż walczy z Bogiem, rozbija rodzinę, człowieka poniża do rządu zwierząt i odbiera mu zasadę uczciwości i chęć do pracy spycha go w ten sposób na dno skrajnej nędzy, zarówno materialnej jak i moralnej". Agitacja przeciw komunizmowi przeprowadzona na wiele sposobów. Instrukcje głosiły, że dwa były najskuteczniejsze: agitacja ustna, kiedy żołnierz KOP po prostu rozmawiał ze swoim sąsiadem, albo pisemna –w postaci plakatów i gazetek ściennych wywieszanych przy strażnicach KOP.

2. Krzewienie polskości

Drugim wymiarem propagandy KOP było budowanie świadomości państwowej wśród mieszkańców Kresów. "Polska – to nasza wspólna macierz" - głosiło jedno z haseł. Sąsiadom żołnierze mieli opowiadać o historycznych więzach ziem wschodnich z Rzeczpospolitą. O czym konkretnie? Za najskuteczniejsze uważano opowiastki o Białorusinach i Litwinach walczących pod Grunwaldem. Trudno powiedzieć na ile było to skuteczne, skoro z drugiej strony żołnierz miał przekonywać o konieczności płacenia podatków, bo tylko dzięki nim Polska będzie silna i – jakżeby inaczej – będzie mogła bronić Kresów przed komunizmem. Żołnierz KOP miał tu świecić przykładem, być pomocny sąsiadom i zawsze gotów zarówno do pomocy fizycznej jak i do dobrej rady.
3. Walka z brudem
Mieszkaniec Kresów miał czuć, że żołnierz KOP jest prawdziwie dobrym sąsiadem. Stąd też szeroki katalog nieoczywistych obowiązków jakie na niego nakładano. Jednym z najważniejszych zadań była pomoc sanitarna dla mieszkańców Kresów. Z higieną na rubieżach wschodnich bywało różnie. Dlatego KOP miał informować o tak prostych rzeczach jak: codzienne mycie, częste zmiany bielizny, wietrzenie chat i sprzątanie w nich, bielenie ścian, czy usuwanie gnojówki sprzed domu. Żołnierz miał po pierwsze wskazywać, jak poważne zagrożenia wiążą się z brakiem higieny, a po drugie – naturalnie – samemu świecić przykładem. Miał być zawsze zadbany, ogolony i w nienagannym mundurze.
4. Walka z pijaństwem
Po walce o czyste domostwo, przychodził czas na walkę o trzeźwość. Żołnierz KOP miał pouczać o zgubnych skutkach pijaństwa. Mieli oni wskazywać, jak negatywne skutki przynosi dawanie alkoholu dzieciom (a było powszechną praktyką, że nawet noworodkom dawano alkohol, aby były spokojniejsze). Szczególnie uważnie żołnierze mieli zwalczać picie samogonu i denaturatu, który wywoływał wyjątkowe spustoszenia zdrowotne. Dzięki ograniczeniu pijaństwa mieszkańcy mieli być zdrowsi, a skarb państwa miał zyskać pieniądze, którzy te wydadzą na inne cele. Na przykład na podatki.

5. Walka o kulturę

Skoro żołnierz KOP walczył o ciało mieszkańca Kresów, powinien walczyć również o jego duszę, czyli o kulturalne obycie. Dlatego na terenie wschodniej Polski w strażnicach i placówkach Korpusu zakładać czytelnie i wystawiać przedstawienia teatralne. Żołnierze mieli zachęcać ludzi do posyłania dzieci(szczególnie – dziewcząt) do szkoły. Zachęcano do czytelnictwa i do zakładania czytelni prywatnych. Do tego w placówkach KOP wystawiano sztuki teatralne skierowane zarówno do żołnierzy jak i do cywilów. Tylko od 1928 do 1935 r. wystawiono prawie 3 tysiące spektakli na które przyszło blisko 270 tysięcy mieszkańców Kresów i… ponad 300 tysięcy wojskowych.

6. Walka o kulturę agrarną

Kultura nie jedno ma imię. Żołnierze KOP mieli dawać przykład i na terenie placówek Korpusu zakładać ogródki: zarówno warzywne jak i kwiatowe. W ten sposób żołnierze mieli zachęcać mieszkańców do podobnych działań. Ponadto, mieli oni pomagać w usuwaniu kamieni z pól, tak aby nadawały się one do zasiewów, agitować na rzecz scalania gruntów i rozsądnego sadzenia roślin. Poza gospodarstwami baczną uwagę przykładano do stanu dróg. Miały one być zadbane bo, jak podkreślano, mają znaczenie strategiczne dla cywilizowania Kresów wschodnich. Ba, zachęcano nawet do obsadzenia drzew wzdłuż drogi, tak jak robi się to na zachodzie. „Dobrze utrzymane drogi są oznaką kultury społeczeństwa” – pisali autorzy opracowań dla żołnierzy KOP.

7. Walka przeciw oszustom

Niemniej istotną rolę w uświadomieniu mieszkańcom Kresów, że żołnierz KOP nie jest obcym, ale życzliwym sąsiadem, odgrywała ochrona przed oszustami. Mieszkańcy Kresów przez całe wieki stosowali miary rosyjskie. Niepiśmienni często padali ofiarą nieuczciwych sprzedawców, którzy lepiej orientowali się w przeliczeniu z pudów na kilogramy. Zgodnie z modelową sytuacją, żołnierz KOP miał pomóc w sytuacji w której np. rybak sprzedawał swój połów i zachodziło podejrzenie, że zostanie oszukany.

8. Walka o zakładanie spółdzielni

Innym wymiarem walki o dobro zwykłego mieszkańca było zachęcanie przez żołnierzy KOP do zakładania spółdzielni. Grupa wytwórców zrzeszonych w jedno ciało, miała być wolna od pośredników i dzięki temu mogła więcej zarobić. Żołnierze Korpusu mieli agitować wśród mieszkańców, aby częściej i chętniej zakładali tego typu wspólnoty, dzięki czemu Kresy wschodnie i ich mieszkańcy wzbogacą się. Jak głosiło hasło: "Spółdzielczość – to nasz dobrobyt a potęga Państwa".

9. Walka w ochronie flory i fauny

To zadanie podkreślały zarówno władze z Warszawy, jak i wojewoda Polesia Kostek-Biernacki. Ludność wschodnia nie bardzo potrafiła dbać o zwierzęta. Żołnierze mieli w tej spawie pełne ręce roboty. W pierwszej kolejności musieli edukować swoich sąsiadów, by ci nie znęcali się nad swoim żywym dobytkiem, szczególnie nad końmi, które często nie były w stanie ciągnąć ciężkich wozów. Po drugie, weterynarze pracujący w KOP mieli za zadanie pomagać potrzebującym sąsiadom, gdy ich zwierzętom działo się coś złego. Do 1935 roku odnotowano blisko 26 tysięcy interwencji tego typu. Ale to nie wszystko. KOP miał także dbać o lasy, aby nie dochodziło do ich „dzikiej” eksploatacji. Jak można było osiągnąć ten cel? Między innymi poprzez podkreślanie strategicznego znaczenia terenów leśnych w działaniach wojennych. Pod pieczą korpusu znajdywały się ponadto leśnie ptaki i dzika zwierzyna, w tym przede wszystkim gatunki zagrożone, które niejednokrotnie padały ofiarą kłusowników.

10. Walka w obronie zabytków

Jak by tego było mało, żołnierz KOP musiał również zwracać uwagę na zabytki w najbliższym otoczeniu placówki. Jeżeli był tam jakiś zapomniany zameczek, monument czy stara kolumna, Korpus miał za zadanie otoczenie go opieką i edukowanie ludzi, że nie tylko nie powinni go niszczyć, ale wręcz otoczyć go opieką. Żołnierze mieli informować Kresowiaków, że jeżeli znajdą oni na polu np. stare monety, to powinni oddać je do placówki korpusu lub do miejscowej szkoły, aby stamtąd trafiły do muzeum.

Paweł Rzewuski

Tekst ukazał się na portalu histmag.org, przedrukowano go w ramach licencji CC BY-SA 3.0
Zdjęcie wikipedia CC