Dzisiaj: Damazego Waldemara
Jutro : Dagmary Aleksandry
poniedziałek, 11 grudzień 2017
godzina: 18:16
Kategoria: Z sieci
Tekst napisany przez Zygmunta Nowakowskiego ukazał się w Ilustrowanym Kuryerze Codziennym  27 marca 1933

Byłem w stratosferze pychy. I w stratosferze chamstwa. W Bytomiu przekroczyłem granice Azji. Znalazłem się w Polsce. To jest w Europie. I jest mi dobrze. Jak dobrze! Celnik zauważył bezbrzeżną słodycz, rozlaną szeroko na mojej twarzy, i spytał, czy przypadkiem nie wiozę sacharyny.
– Nie! Wiozę raczej miód. Bardzo dużo miodu. Ale wiozę go nie stamtąd. To wyrób krajowy, nasz. I nabrałem tego miodu w tej chwili dopiero… Przed sekundą.
– Proszę pokazać!
– Nie mogę w żaden sposób! Ja ten miód mam wewnątrz, w sercu. Dobrze mi do tego stopnia, że nawet panu życzę, aby pan po najdłuższem życiu dostał się do królestwa niebieskiego…
Celnik, zupełnie słusznie, popatrzył na mnie, jak na warjata. Nic dziwnego, bo trudno mnie zrozumieć. Przecież nawet ja sam nie rozumiem siebie. Oto zbliża się polski policjant. Powiedziałem zaś sobie tam, w Poczdamie, że z pierwszym polskim posterunkowym, którego spotkam po powrocie, muszę zostać na ty. Pytam go więc, kiedy kończy służbę. Ponieważ chcę z nim wypić bruderszaft. Koniecznie! Tak, tak, nie wymiga mi się pan, panie posterunkowy, i musimy pójść na wódkę. I przy pierwszym kieliszku powiem krótką mowę, którą dałoby się streścić mniej więcej w ten sposób:


– Mam do pana wielką sympatję, panie posterunkowy! Na twarzy pańskiej maluje się pański zacny, prawy charakter. Sposób, w jaki pan ukłonił się, pytając o paszport, świadczy, że ma pan kulturę towarzyską. Z punktu widzenia antropologii przedstawia pan typ sarmacki, względnie asteniczno-pykniczny, z lekką przymieszką typu alpejskiego, albo dynarskiego. Czyli, że jesteśmy sobie bliscy. Pozatem jest pan gentlemanem. Jest pan świetnie ubrany – proszę mi nie przerywać – jest pan wytworny. Wygląda pan na człowieka łagodnego i zadowolonego – proszę mi nie przerywać – przedewszystkiem zaś na człowieka przyzwoitego. Nie zrobił pan nigdy żadnego świństewka – wiem co pan chce powiedzieć, ale tego się nie liczy. Detale, głupstwa, nic więcej! Nigdy nie znęcał się pan nad bezbronnymi – proszę nie przerywać – naturalnie, pan sam chce wspomnieć o pewnych jaskrawych, ale rzadkich wypadkach, o pewnym akademiku południowo-słowiańskiego pochodzenia. I o innych zdarzeniach analogicznych, które trafiały się od czasu do czasu. Owszem, bywało rozmaicie. Ale są to raczej wyjątki. Oczywiście, lepiej, żeby ich wcale nie było. Ale nie mówmy o tem. Cieszę się, widząc pana. Jest mi na imię Zygmunt. A panu? To jest raczej tobie?

– Jan, proszę pana doktora.
– Niema żadnego doktora. Jest Zygmunt. A tobie na imię Jan. Świetnie się składa. Nie może być nic odpowiedniejszego, jak właśnie Jan. Jasiu. wypij!…
Taką to imaginacyjną rozmowę przeprowadziłem z pierwszym polskim posterunkowym. Chciałem się wygadać. Wyrzucić z siebie wszystko to, co mnie gniecie. Przecież myślałem, że w Poczdamie padnę trupem na miejscu. Popularniej mówiąc, że mnie szlag trafi. Patrząc na defiladę pod kościołem garnizonowym, odnosiłem wrażenie, że jestem pyłkiem jakimś czy atomem wgniecionym w bruk. Czułem, że to po mnie maszerują te bataljony, że łamią mi kości, depcą obcasami po piersiach. Że mnie druzgocą kopyta końskie i koła armat. Dlatego jeszcze w tej chwili trudno mi pozbierać się.

Gdy musiałem wysłuchać dwadzieścia jeden strzałów armatnich, coś nagle trzasnęło mi w nerwach. Gdyby strzałów było n. p. 25, albo nawet 22, nie wytrzymałbym. I te strzały do tej pory mam w uchu. Strzały i bicie dzwonów ze wszystkich kościołów. A jest tych kościołów tyle chyba, co w Krakowie. Nie koniec na tem! „Deutschland über alles, über alles in der Welt!” Każda nuta rozpruwa mi bebechy. A oni bisują. I drugą zwrotkę śpiewają już wszyscy. Nawet nie śpiewają, ale ryczą. Wszystkie ulice miasteczka i cały zapchany plac. To już nie pieśń, ale jakaś lawina, która urwała się nagle. Bo do Poczdamu zwaliło się wszystko, co mogło. Za okno, za miejsce w oknie jakiś amerykański dziennikarz zapłacił sto dolarów. Niemcy zaś jechali od wczesnego rana. Powstały jakieś spółki transportowe. Ludzie jechali na lorach, na wozach pocztowych, było kilka olbrzymich placów na zaparkowanie taboru tysięcy aut i rowerów. Starcy i dzieci, bogaci i biedni, słowem, kto mógł. A kto nie mógł, tego wieźli na wózku.

Po djabła ciężkiego pchałem się do tego Poczdamu i zabiegałem o Presseausweis. Przeklinam ten najgłupszy pomysł. Być Polakiem i patrzeć własnemi oczyma, jak pęcherz niemiecki nadyma się, pęcznieje, wzbiera. Gryzłem wargi do krwi a wydostać się stamtąd nie było sposobu. Musiałem czekać sześć bitych godzin, aż do chwili, kiedy udało się ruszyć auto z zatoru. Bo to była istna kra, która płynie wiosną. Trzeba doprawdy być człowiekiem conajmniej lekkomyślnym, aby dobrowolnie, samochcąc, skazać się na ten spektakl, który, przekroczył granice wytrzymałości mojej.

Mógłby ktoś powiedzieć, że strach ma wielkie oczy. Ale to nie był strach. Raczej obrzydzenie. Uczucie, które w wywiadzie określiłem jako ciśnienie miljarda niemieckich atmosfer. Z tem łączy się jakby podgorączkowa temperatura. I skłonność do zwidzeń. Zobaczyłem więc Fryderyka Wielkiego, jak szedł przez gęsty szpaler. Niema dziś w Berlinie i w całych Niemczech ani kawałka muru czy kiosku, z którego nie patrzyłby Fryderyk, reprodukowany na tysiącach pocztówek i obrazów. Zwłaszcza w momencie, gdy wstaje z trumny. Najnowszy film „Choral von Leuthen” (choć nietaktownie wypomina zwycięstwo odniesione nad Austrją) jest apoteozą Fryderyka, którego oczy wystrzelają z rogu każdej ulicy.

Może dlatego, że ta twarz utkwiła mi w pamięci, ujrzałem upiora Fryderyka w jasny, słoneczny dzień. Wyszedł z podziemi kościoła i pochylony, oparty na lasce, kroczył przez Breite Strasse ku dziedzińcowi pałacu. To miejsce dawnych parad a równocześnie plac kaźni. Plac, na którym ćwiczono setki żołnierzy rózgami. Na śmierć. W całem mieście słychać było świst batów i jęk ofiar. Mięso i krew pryskało na ściany, jak mówi o tem pamiętnikarz, kaznodzieja nadworny z Poczdamu.

Upiór Fryderyka Wielkiego odbierał defiladę. Na powitanie króla zjawił się w komplecie cały kwiat dawnej armji cesarskiej. W błyszczących pikelhaubach, w futrzanych kołpakach, z piórami czaplemi, w admiralskich kapeluszach, kapiący od złota i orderów, przybrani w szarfy. A na każdym dachu i w dymniku każdym żołnierze z karabinami wymierzonemi w niebo. Na wypadek, gdyby przecież wbrew zakazowi odważył się przelecieć nad placem jakiś samolot.

Pewnie, że to ich wielkie święto. Cieszą się i może mają z czego. Przyszłość pokaże. Ale na to nie powinienem się patrzeć. Tak, jakbym do obcych ludzi wlazł podczas wilji. Niezaproszony i niecierpiany przez nich. To też zostałem ukarany widokiem tej rewji!
Idzie Hitler. Żartami nie da się zbyć tej – dla mnie w tej chwili – potężnej indywidualności. Lakiernik z fachu? No, więc co z tego? Teraz ma całe Niemcy w dłoni. Całe, bez reszty. Razem z rzekomo separatystyczną Bawarją, która w jednej sekundzie padła na kolana. Całe Niemcy! Taki olbrzymi, potężny naród. Hitler stanowi wielkość, o której na dobrą sprawę nikt nie wiedział nic. Niewiadomo, czy on sam wiedział? Jest emanacją, wykładnikiem potwornej, nieobliczalnej siły, która teraz ściele mu się pod nogi. Jest bożyszczem. I hasłem. I wielką niewiadomą. Ludzie patrzą na niego, jak w tęczę. Są tacy, którzy zabierają stołeczki składane i jedzenie i czekają dzień i noc, aby go zobaczyć. W tej chwili jest absolutnie wszystkiem. Na baczność stoi przed nim sześćdziesiąt miljonów.

Opozycja? Szukajcie jej po wszystkich więzieniach i to głównie za granicą! Von Papen prosi o przyjęcie do nowicjatu w partji narodowo socjalistycznej, jakiś wybitny poseł komunistyczny zgłasza się z tą samą prośbą. Otrzymuje odpowiedź, że conajmniej przez trzy lata musi dobrem sprawowaniem się zasłużyć na przyjęcie do partji… Stratosfera pychy! I Azja! Instynkt trzody, zasłuchanej w dźwięk słów idealnie pustych i naiwnych zarazem, jak słowa wszystkich wielkich proroków. – Równocześnie jednak słowa te są zdobywcze. Takie, które czasami stają się ciałem.
Byłem od niego o jakichś dwadzieścia kroków. Spontanicznie zrodziła się myśl, co będzie, jeśli ktoś strzeli czy rzuci bombę. Czy momentalnie zawali się cały olbrzymi gmach, którego fundamentem jest jeden jedyny człowiek? Mam wrażenie, że wszędzieindziej ludzie daliby sobie jakoś radę w analogicznej sytuacji, ale tu chyba nie…

W uszach mam jeszcze huk strzałów poczdamskich, w oczach ćmi się od blasku tysięcy pochodni, których dym dławi mnie. Przede mną leży sterta cała literatury, broszur, książek, śpiewników i t. d. Chcę jakoś zebrać się w kupę, przekreślić jednem pociągnięciem pióra siedm kiepskich – co mówię – podłych feljetonów, a napisać wreszcie coś, coby miało ręce i nogi. Oraz głowę. Doprawdy nie wiem, od czego zacząć.
Chyba od stwierdzenia faktu, że o Niemczech nie wiedzieliśmy nic. Wszystkie nasze pojęcia i wyobrażenia były z gruntu fałszywe. Nie tylko pojęcia nasze, ale i pojęcia obcych. Więcej mogłaby o Niemczech dzisiejszych powiedzieć pani de Stael, która przed stu dwudziestu laty napisała książkę „L’Allemagne”. Sędziwy Tacyt, autor Germanji, znał ich lepiej niż my. Powiedział on zaś, że „spokojne życie nie odpowiada temu narodowiu. Zdaje się, że miał rację.
Dzisiejsze Niemcy nie sa niczem innem, jak jedną wielką propagandą. Tylko to można o nich powiedzieć z całą pewnością. I w tem podobni są do Rosji sowieckiej. Cokolwiek innego mówiłoby się, będzie to zawsze połączone z ryzykiem pomyłki. To też, gdy ludzie pytają o szczegóły i wrażenia, zawsze zdaję sobie sprawę z tego, że wszystkie porównania czy analogje nie mówią nic w tym wypadku. Są fałszywe i raczej wprowadzają w błąd, zamiast cośkolwiek wyjaśnić czy uplastycznić.
Weźmy najprostszy przykład. W uroczystościach poczdamskich brali udział weterani z 66-go i 70-go roku. Myślałem, że zobaczę coś w rodzaju naszych weteranów powstania styczniowego. Tymczasem ta grupa imponowała przedewszystkiem… bogactwem futer i liberją lokajów, którzy popychali wózki. Nasz weteran w pochodzie wzrusza, jest ornamentem uczuciowym. I widząc ich, mówimy sobie: „Jak to dobrze, że nimi zajęło się państwo, że mają mundury i pensje, że im nie zbywa na niczem”… Weterani, których widziałem w Poczdamie, nie potrzebują niczyjej pomocy.

Przykład inny. Pyta mnie ktoś:
– Panie, więc ci Hitlerowcy to tak, jak nasi Strzelcy?
Jestem w kłopocie. Hitlerowcy to jakby Strzelcy… Tak i nie. Może socjologicznie czy jak tam spełniają identyczną funkcję, ale różnicę wyjaśni mała scenka, mikroskopijny epizod. Do wielkiej, wytwornej restauracji wchodzi jegomość w brunatnej koszuli. Prostak. Ale trzeźwy zupełnie. Zamawia sobie jakąś potrawę. Gdy ją przynieśli, widelcem i nożem przeorał cały półmisek, przejechał jak broną po jarzynach, zeżarł połowę i woła kelnera. Żeby mu to zabrali i dali coś innego. Nie smakuje mu. Trzeba widzieć, co się dzieje w restauracji! Zjawia się szef, blady jak trup, cały sztab kelnerów, piccolów itd. Proszą o wybaczenie, zaklinają się, że to nie ich wina, że to kucharz… Zaraz przyniosą coś innego. Wszystko leci im z rąk. Drżą półmiski, talerze, brzęczą widelce. Kelner upuszcza jakiś kawałek, który rozbija się z hukiem. W pośpiechu, galopem przynoszą coś innego. Stają w przyzwoitem oddaleniu, pytając trwożnie, czy teraz smakuje. Bo gdyby nie, to oni w każdej chwili jeszcze i to zmienią…

Czy taka scenka, możliwa u nas ostatecznie gdzieś na prowincji, jest do pomyślenia np. w Europie lub Bristolu, u George’a w Wilnie czy Lwowie albo w krakowskim Starym Teatrze? Chyba nie.
Albo ich rzekoma nędza. Stadjon berliński mieści 60.000 widzów. Na ostatnim meczu Francja – Niemcy zabrakło miejsca dla… stu tysięcy. I wszystkie gazety podniosły krzyk. Że to skandal, aby stolica nie miała odpowiedniego boiska. Że czas najwyższy, aby wreszcie zbudowano jakiś przyzwoity stadjon conajmniej na 150.000 miejsc, zamiast gnieść się w dawnej klitce…

I tak jest ze wszystkiem, wszystkiem. Więc pierwszy obóz dla więźniów politycznych obliczono odrazu na 5000 lokatorów. Oczywiście, to tylko prowizorjum. W projekcie jest budowa olbrzymiej centrali o rozmiarach… całych Niemiec.
Gdy więc myślę o tych rzeczach, pewne nasze lokale i pewne osobistości maleją mi w oczach. Nabierają jakichś konturów: zdrobniałych. Imiona ich stają się pieszczotliwe. I nie dalej, jak wczoraj słyszałem, że ktoś mówiąc o naszych sprawach, użył słowa „Kosteczek”. Potem przeszedł na „Kostuś”.
Wreszcie na „Kostuchna”…

"Ilustrowany Kuryer Codzienny" 27.03.1933 Kraków Nr 86